nienawidził tego ciężkiego, gęstego powietrza. Co więcej, nastała pora

- Jak niemowlę. - Santos omiótł spojrzeniem paskudną postać. - Coś się znajdzie, Chop. Mogę strzelać w ciemno, na pewno trafię.
Nie uszło jego uwadze, że gdy panna Tyler usadowiła
obecności w Summerhill, ale z czasem chyba się z tym pogodziła.
- Oczywiście, panno Hastings. Pani ojciec przewidział wydatki nadzwyczajne, a tę sytuację można za taką uznać. Czy zechce pani dołączyć podziękowanie dla jej służącej?
Nie wyglądała najlepiej. Pewnie nie jest przyzwyczajona
szkockiej. Stał przy oknie, przyglądając się pustemu ogrodowi,
- Czy panna Clemency utrzymywała kontakty z kimś z seminarium?
z kobietą. PoniewaŜ chciałem od kaŜdej, Ŝeby była tobą.
- To może ją widziałeś? Dzwoniła niedawno z budki naprzeciwko.
Z szafy grającej wydobywały się dźwięki muzyki - śpiewał Ray Charles.
szacunek.
- Dziękuję, to wspaniale. - Clemency odwróciła się i pobiegła na górę. Chciała sprawdzić, jak radzą sobie Arabella z Dianą. Lekcja miała rozpocząć się o dziewiątej, ale nie spodziewała się zrobić dziś zbyt wiele.
Gdyby Scott jej w porę nie przytrzymał, niechybnie upadłaby
ten list. Zawsze czułam się winna śmierci Chada.

najdzie nagła ochota na wizytę.

Lady Helena spojrzała na nią z aprobatą - dziewczyna ma całkowitą rację. Sama często była świadkiem, jak Alexander odnosił się do ładnych i młodych nauczycielek Arabelli - uważał je za smakowite kąski, przygotowane specjalnie dla niego. Z zadowoleniem zauważyła też, że panna Stoneham przyparła Lysandra do muru. Powzięła już bowiem względem niej pewne plany i wcale by sobie nie życzyła, by Lysander się nią zainteresował.
Mikeya na górę, by się trochę zdrzemnął po obiedzie.
- Prawdę! Byliśmy kochankami, sypialiśmy ze sobą, a ty nic mi nie powiedziałeś! Nie widzisz w tym niczego złego?

w przeciwieństwie do Mikeya nie krzyczeli „nie, nie, nie", wyraz

Tego się nie spodziewała. Sam pakował się w miejsce, gdzie
małych, śmierdzących gnojków, którzy nie spuszczają oka z ludzi
mu to wszystko tłumaczy? Na obronę powiedziała: - Słuchaj, próbuję zrozumieć, co się stało. - Nacisnęła klawisz klawiatury, zapisała notatki w pamięci komputera i wyłączyła go. Chase jedną ręką opierał się o futrynę. Ciągle wspierał się na jednej kuli, ale szczękę miał już zdrową. Jego stan polepszał się z każdym dniem. Coraz bardziej stawał się podobny do człowieka, za którego wyszła za mąż. Doktor Okano uprzedził ją, że nigdy nie będzie wyglądał tak samo, że będzie musiał przejść skomplikowane operacje plastyczne, żeby jego złamany nos, zmiażdżone kości policzkowe i szczęka wyglądały jak kiedyś, ale że będzie niczego sobie mężczyzną. Już teraz można było tak o nim powiedzieć. Mimo blizn i zaczerwienień, Chase był przystojny. Kiwnął głową w stronę komputera. - Nie możesz zostawić tego policji? Stary T. John robi wszystko, żeby złapać tego faceta. - To mi właśnie nie daje spokoju, Chase. Dlaczego tobie nie zależy na tym, żeby się dowiedzieć, co się stało i dopaść tego sukinsyna, który ci to zrobił. - Zależy mi. Ale nie chcę, żeby to stało się moją obsesją. Spójrz. - Wskazał ręką biurko, zarzucone notatkami i artykułami, wśród których stała filiżanka z kawą. - Chyba nie jesteś w stanie myśleć o niczym innym. - Jego wzrok spoczął na zdjęciu Marshalla Baldwina. Zaciął usta. - Nie wiem, czego chcesz się dowiedzieć, Cassidy, ale obawiam się, że się rozczarujesz. - Dlaczego? Zmarszczył brwi i spojrzał na nią gniewnie. - Usiłujesz odnaleźć Briga, prawda? Potrząsnęła głową. - Nie, ale... - Nie? - Nie dawał za wygraną. Jego głos był stanowczy i zagadkowy. - Chcę poznać prawdę. - Tak? - Zmarszczył brwi. - A jeżeli okaże się, że Baldwin to był Brig i że nie żyje? Co wtedy? - Przynajmniej będę miała pewność. - Jesteś beznadziejna! - Czy pod tymi oschłymi słowami mogła kryć się tęsknota? - Grzebiesz w popiołach. - Ten mężczyzna, gdy umierał, ściskał w ręce medalik świętego Krzysztofa. - I co z tego? - Ja... Dałam Brigowi taki medalik tej nocy, kiedy uciekł. - Dygotała, a serce waliło jej jak młotem, bo w końcu wyznała to, o czym nie wiedziała żadna żywa istota na tej ziemi, nawet jej własny mąż. Podejrzewał, że oddała dziewictwo jego bratu, ale nigdy jej o to nie zapytał, zresztą oboje unikali tego tematu. Nie rozmawiali o swoich dawnych miłościach. - Byłam z nim tamtej nocy, Chase. Widział pożar i przysięgał, że to nie on podpalił tartak. Uwierzyłam mu, namówiłam, żeby wziął Remmingtona i... i dałam mu łańcuszek z medalikiem. - Jezu... - Pokuśtykał do barku i wziął butelkę. - Nie chcę słyszeć nic więcej. - Wydawało mi się, że go kochałam. - Robi się coraz lepiej - zakpił. - Przypuszczam, że i on kochał ciebie. - Chase nalał alkohol do szklanki. - Nie sądzę. - Więc jak? Myślisz, że cię nie kochał, a wspominasz go przez wszystkie te lata? To nie do wiary, Cassidy. Całkiem nie do wiary. - Pociągnął duży łyk, a potem otarł usta rękawem. Jego twarz była blada i wykrzywiona, jakby toczył z góry przegraną bitwę z długo skrywanymi uczuciami. - Słuchaj, wiem, że popełniłam błąd. Wiem, że ty i ja mieliśmy niepisaną umowę, że nie będziemy rozmawiać o naszych doświadczeniach sprzed małżeństwa, ale... - Ty naprawdę z nim spałaś. - Stwierdził bez żadnego potępienia. - Tak. - Boże. - Jego oczy spotkały jej wzrok w lustrze nad barkiem. - Domyślałeś się tego. - Nie chcę słuchać obscenicznych szczegółów. - Słuchaj. - Podeszła do niego. Zauważyła, że zesztywniał. - To wszystko musi się skończyć. Choć jestem przekonana, że T. John ma najlepsze intencje, nie jestem pewna, czy będzie w stanie to wszystko poskładać. - Wzięła od niego szklankę i pociągnęła łyk. Whisky podrażniła gardło i zaczęła palić w przełyku. - Chcę to po prostu doprowadzić do końca. Dla nas. Jego oczy pociemniały. - Dla nas? - Tak trudno ci w to uwierzyć? - Cholernie trudno. - Zabrzmiało to jednak bez przekonania. Wpatrywał się w nią długo i uporczywie. Przyglądał się jej twarzy, jakby zobaczył ją po raz pierwszy od lat. Podszedł do niej i dotknął jej policzka lekko drżącymi palcami. Czule. Wtuliła się w jego dłoń. - Wielu ludzi nosi medaliki, naszyjniki, krzyżyki, gwiazdy - tłumaczył. Oddychał nierówno.

- Zwyczajne wymiary?

- Bo nigdy się nie poddajesz. Ja też nie. Jeżeli chodzi o
- Ty prowadzisz - wzruszył ramionami.
mieć przynajmniej tyle odwagi, aby to głośno powiedzieć. Pewnie to