nie będzie, prawda? Do tej pory broniłeś się przed miłością. Wolisz się do nikogo nie przywiązywać. Zmieniasz kobiety jak rękawiczki. Ale z Henrym jest inaczej. Jego nie możesz
Kolacja przez jakiś czas przebiegała w milczeniu Wróćmy do kwestii listu - zaproponował w końcu Mark, dolewając wina.
- Usłyszysz ją jeszcze wiele razy - przerwał jej tonem nie znoszącym sprzeciwu - ponieważ to jest właśnie sedno sprawy. Myślisz, że mnie jest tutaj dobrze? Mam piękną po-siadłość zaledwie kilkanaście kilometrów stąd, w Renouys. Chciałbym dalej tam mieszkać i prowadzić swoje normalne życie, a nie występować w roli panującego. Robię to wyłącznie
- Alicia Paulik dzwoniła do Freda Decluette'a. - Ja osobiście nie zamierzałem się z nim spotkać, Sayre natomiast tak - odparł. - Pojechałem tam i użyłem pocztóweki listów od kolegów Billy'ego jako mojej karty wstępu. Pomyślałem, że dostarczenie ich osobiście pomoże nam zarobić kilka punktów u pani Paulik. Poza tym, chciałem się przekonać, co zamierza Sayre. - I? - spytał Huff. - Moim zdaniem nic wielkiego. Z tego, co widziałem, miała to być zwyczajna wizyta grzecznościowa. - W rozmowie z Fredem pani Paulik wspomniała coś o „czeku na sporą sumkę". Ile mnie to kosztowało? - Nic, Huff. Wypisałem czek bez uprzedniej konsultacji z tobą. Nie musisz mi zwracać ani grosza, jeżeli nie chcesz. - Do diabla, przecież ja sam zasugerowałem, żeby osłodzić im nieco żywot i proszę, tak jak przypuszczałem, ta baba już się łamie. Zatrzymała czek, prawda? - Tak sądzę, - Proszę bardzo - podsumował Huff, wznosząc szklankę w toaście. - Zanim wypijesz za sukces, powinieneś wiedzieć, że kazałem psychiatrze kontynuować spotkania z Billym tak długo, jak będzie to konieczne - powiedział Beck. - Zamierzasz nas puścić z torbami? - jęknął Chris. - Przyznaję, że była to śmiała decyzja, podyktowana potrzebą chwili. Nie miałem czasu na konsultację z żadnym z was. Myślę jednak, że zarobiłem dzięki temu kolejne punkty u pani Paulik. Huff puścił do niego oko. - Nie byłbyś dla mnie wart ani grosza, gdybyś nie mógł podejmować części decyzji samodzielnie. Ufam twoim opiniom, inaczej nie pracowałbyś dla mnie w ogóle. - Tak, ale w ten sposób wyrzucamy tylko pieniądze - skrzywił się Chris. - Co z tego, że dopilnujemy, żeby Billy Paulik poczuł się jak najlepiej może. Co my będziemy z tego mieli? - Nie sądzę, żeby Beck kierował się w tym przypadku ewentualnym przyszłym zyskiem wynikającym z produktywności Billy'ego. - To prawda, Huff. Uznałem to za gest dobrej woli, dzięki któremu może unikniemy kosztującego miliony procesu. Cokolwiek, co może się do tego przyczynić, jest dobrą inwestycją. - Zgadzam się. - Huff wychylił jednym łykiem swojego drinka, rozkoszując się pieczeniem, jakie wywołał burbon w gardle i falą gorąca, rozlewającą się po żołądku. - W jakim nastroju była Sayre, gdy się rozstawaliście? Beck wzruszył ramionami, ale Huff zauważył, że nie jest w połowie tak obojętny, jak chciałby być. - Zjedliśmy razem obiad, kupiłem jej świecidełka, wypiliśmy razem szampana. - I jak poszło? - Huff klasnął dłońmi z zadowoleniem. Beck uniósł brew w grymasie niezadowolenia. - Poszłoby znacznie lepiej, gdyby Chris nie poinformował jej uprzednio o twoich planach matrymonialnych wobec jej i mnie. - Powiedziałeś jej o tym? - spytał Huff Chrisa. - A co to za różnica? - Naprawdę musisz pytać? - Sayre mogła napić się szampana na koszt Becka, ale nie wylądował przez to w jej łóżku, prawda? Co więcej, nie zaprosi go tam, dopóki Beck będzie dla nas pracował.
- Jestem sobą, jeśli łaska.
oznakę twego uwielbienia dla mnie.. - Próżny zachwycał się swoim głosem wyrażającym podziw dla samego siebie.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Długo siedzieli w milczeniu. Później Mały Książę wstał, powoli podszedł do Smutnej Dziewczyny i położył rękę na
- Dobrze, zamówmy kolację - zdecydowała w końcu. - Tylko żadnych żabich udek!
- Nie wygląda mi na kogoś, kto boi się stawić czoło. Po tym, jak otrzymałem faks, zadzwoniłem kilka razy do jego biura w Nowym Orleanie. Powiedziano mi, że wyjechał. Zostawiłem wiadomość i prośbę, żeby oddzwonił. Do tej pory tego nie uczynił. - Widzisz? - Huff uśmiechnął się szeroko. - To właśnie miałem na myśli. Unika nas, a to mi pachnie tchórzem. Blefuje. - Chcesz, żebym nadal próbował się z nim skontaktować? - Daj mu się we znaki. Zobaczmy, jak mu się spodoba, że co rusz dostaje szturchańce w bok. Zacznij mu się naprzykrzać. - To dobry pomysł, Huff. - Nie odpuszczaj, dopóki nie zgodzi się na spotkanie twarzą w twarz. To jedyny sposób, by go rozszyfrować. Te faksy i listy FedExu to jakieś gówno. Jestem już zmęczony tym przerzucaniem się groźbami. - Zajmę się tym jutro z samego rana. - A tymczasem chciałbym, żebyś porozmawiał z naszymi najbardziej lojalnymi ludźmi, na przykład z Fredem Decluette'em. Z tymi, na których możemy liczyć. Trzeba się dowiedzieć, kim są podżegacze wśród naszych robotników. - Rozmawiałem z Fredem dziś po południu. Wraz z kilkoma innymi kolegami będą mieć oczy i uszy otwarte i doniosą nam, kim są ci wichrzyciele. Huff puścił do niego oko. - Powinienem wiedzieć, że od razu się tym zajmiesz. - Jeszcze jeden drink? Beck wstał i ujął szklankę Huffa. W bibliotece nalał kolejną porcję burbona sobie i jemu, po czym wrócił do oranżerii. - A teraz porozmawiajmy o czymś innym - odezwał się Huff, odbierając drinka z jego rąk. Beck spojrzał na niego ponuro. - Obawiam się, że jest coś jeszcze. Przed kilkoma chwilami zadzwonił do mnie Rudy Harper i... - To może poczekać. Porozmawiajmy o Sayre. - O co chodzi? - Może byś się z nią ożenił? Beck zatrzymał się tuż nad ratanowym siedziskiem i spojrzał na Huffa, który jak gdyby nigdy nic sączył drinka, Roześmiał się, widząc zaskoczenie na twarzy towarzysza. Beck otrząsnął się szybko i usiadł na krześle. - To chyba te leki zaburzają twoje myślenie. Co przepisał ci doktor Caroe i czy powinieneś to łączyć z alkoholem? - Nie jestem ani naćpany, ani pijany. Posłuchaj mnie. Beck udał, że się rozluźnia. Oparł się o poduszkę. - Lepiej, żeby to była dobra historia. Zamieniam się w słuch, Huff. - Nie bądź takim mądralą. Mówię poważnie. - Masz urojenia. - Podoba ci się? W odpowiedzi Beck jedynie spojrzał się na Huffa beznamiętnie. - Tak myślałem - powiedział Huff, śmiejąc się serdecznie. - Widziałem was oboje przy rozlewisku, po stypie. Nawet z tej odległości wyczułem żar między wami. - Żar? Masz rację. Sayre bardzo żarliwie tłumaczyła mi, jak podłą jestem kreaturą, - Wyśmiewając matrymonialne mrzonki Huffa, Beck zastanawiał się jednocześnie, czy stary rozmawiał z Chrisem i czy ten opowiedział mu o scenie w kuchni domu Becka, jaką przerwał
- Twoja strata, przyjacielu. W każdym razie, wyszedłem od niej około piątej, przebrałem się w domu i pojechałem do Breaux Bridge. To wszystko. Nie mam nic więcej do dodania. - Rozłożył ręce, unosząc dłonie i spojrzał na Becka błagalnie. - Poza tym, podaj mi chociaż jeden dobry powód, dla którego chciałbym zabić Danny'ego. - To akurat będzie działało na naszą korzyść - odparł Beck. - Brak motywu. Mimo wszystko, próbują cię wmieszać w tę sprawę i ten młody gorliwy detektyw na pewno szuka sposobu. Jeżeli jest coś, o czym nie wiem. - Nie ma. - Lepiej powiedz mi teraz, Chris. Nie kłam. Muszę wiedzieć, czy mam zwerbować dobrego prawnika, przekupić jakiegoś obrońcę wyspecjalizowanego w sprawach kryminalnych? - Nie. Zadzwoniła komórka Becka. Sprawdził numer na wyświetlaczu. - To Huff. Chris zakrył oczy dłońmi. - Cholera. Beck odebrał: - Witaj, Huff. Już ruszamy z powrotem. Powinniśmy się pojawić za pięć minut. Chcesz koktajl? Możemy wstąpić po drodze do Dairy Queen. Jesteś pewien? W porządku. Tak, opowiem ci wszystko zaraz po przyjeździe. - Rozłączył się i spojrzał na Chrisa. - Jedziemy prosto do pracy. Huff na nas czeka. - Ile powinniśmy mu powiedzieć? - Wszystko. Jeżeli tego nie zrobimy, wydobędzie resztę od Rudego. Oczywiście za plecami Wayne'a Scotta. - To kolejna rzecz, która będzie działała na moją korzyść. Stary poczciwy Rudy Harper. Nie wpakuje mnie w to sfingowane morderstwo. Sayre nie wróciła do Nowego Orleanu. Po wizycie w odlewni, rozmowie z Clarkiem i ataku płaczu była wyczerpana fizycznie i psychicznie. Dwugodzinna jazda samochodem, a potem niewygodna podróż samolotem rejsowym wzbudzały w niej teraz wyłącznie niechęć. Jeden z jej klientów w San Francisco był prezesem firmy czarterowej. Był jej winien przysługę za ekspresowe udekorowanie domu na Russian Hill. Gdy zadzwoniła do niego, wysłuchał jej ze zrozumieniem i poprosił o pięć minut na poczynienie niezbędnych przygotowań. Oddzwonił po czterech. - Na szczęście mamy w Houston wolny samolot. Już po ciebie leci. - Czy miejscowe lotnisko będzie mogło przyjąć prywatny odrzutowiec? - To pierwsza rzecz, jaką sprawdziłem. W Destiny jest spora firma, zdaje się, że produkują metalowe rury. Mają firmowy odrzutowiec. Sayre przypomniała sobie, że Beck o tym wspominał. Nie powiedziała swojemu rozmówcy, że jest udziałowcem tej „sporej firmy". - Zostaw kluczyki od samochodu obsłudze lotnika - ciągnął. - Ktoś odbierze go później i odprowadzi do Nowego Orleanu. Sayre rzadko pozwalała sobie na takie królewskie traktowanie, ale było ją stać na luksus. Poza tym, warto było, jeżeli dzięki temu będzie mogła jak najszybciej wydostać się z Destiny. Postawiła wóz na parkingu dla wypożyczonych samochodów przed lotniskiem i wyciągnęła z tylnego siedzenia torbę podróżną. Gdy znalazła się w hali odlotów, podeszła do niej kobieta w średnim wieku. - Pani Lynch?
- Przyjechałeś, żebym podpisała papiery i zrzekła się praw do Henry'ego?
- Nie pożałujesz - powtórzył z przekonaniem. - Za¬dbam o to. - Zawahał się i puścił jej ręce. - Muszę teraz wszystko zorganizować. Idę.
Tym razem Tammy westchnęła ciężko.

- Cass - wyszeptał Brig w jej otwarte usta. Swobodnie przesunął dłońmi po swetrze dziewczyny i wsunął je pod spód. Dotknął kciukiem małej brodawki. Westchnęła. Miała wrażenie, że żołądek przywarł jej do kręgosłupa. - Tego chciałaś? - Do kciuka dołączyły pozostałe palce. Delikatnie zaczął miętosić mały wzgórek. Nie mogła odpowiedzieć. Bała się nawet oddychać. Podniósł jej sweter, zdjął go przez głowę i odsłonił piersi Cassidy. Zamknęła oczy w bladym świetle księżyca. Poczuł pod palcami łańcuszek z medalikiem świętego Krzysztofa. - Ciągle go nosisz? - Zawsze. Wziął do ręki płaski krążek, który błysnął w blasku księżyca. Położył go między jej piersiami, przyciskając wytłoczoną powierzchnię do skóry. Zamknął oczy i potrząsnął przecząco głową, jakby chciał przywołać się do porządku. Jakby miał zamiar przestać. Cassidy z łomoczącym sercem przyciągnęła jego twarz do swojej i pocałowała go. Niecierpliwie wciskała do jego ust niedoświadczony język. Jęknął w proteście. - Cassidy... Przesunęła palcami po miękkim materiale koszuli Briga, instynktownie szukając płaskich brodawek. - Nie... - wyszeptał. - Proszę... - Nie wiesz, o co prosisz. - Wiem, że jestem z tobą. - Pocałowała go mocno. Zareagował, poddając się swojemu ciału. Szorstkie dłonie przesuwały się pewnie po jej skórze. Przeszedł ją dreszcz po kręgosłupie, wzniecając w niej ogień. Czarny słodki ogień, który on tak dobrze znał. - Powiedz mi, żebym przestał, Cass... - Nie przestawał jej dotykać, wywołując w niej błogie uczucie. - Na miłość boską. - Objął ją i pociągnął do góry, odrywając jej plecy od ziemi. Zaczął drażnić brodawkę jej piersi końcem języka. Przeszył ją dreszcz. Jęknęła, czując na wilgotnej skórze gorący oddech chłopaka. Wygięła się, gdy ujął wargami jej pierś i zaczął ją smakować i łakomie ssać. Cassidy przylgnęła do niego. Zanurzyła palce w gęstych włosach Briga. Głęboko między nogami zaczęło się w niej budzić dziwne pragnienie. Świat wirował. Brig jeszcze mocniej przycisnął do siebie jej pośladki. Wyczuła sztywny wzgórek pod jego rozporkiem. Miękki, znoszony dżins nie był w stanie ukryć jego podniecenia. Ocierał się o jej spodnie. Wsunął jedną rękę przez nogawkę szortów. Poczuł materiał majtek. Ułożył się tak, żeby móc wsunąć palec pod cienką tkaninę. Cassidy zaschło w gardle. Krzyknęła, kiedy rozchylił palcami jej intymność, badając ją i dotykając. Przyciągnęła do siebie jego głowę. Zacisnął zęby na jej brodawce, jednocześnie dotykając tej części jej ciała, o której istnieniu do dziś nie wiedziała. Świat wokół wirował coraz bardziej. Brig ją dotykał, a ona poruszała się w rytm jego dłoni. Dyszała. Trzymała go mocno. Krew w niej kipiała. Myślała tylko o tym, żeby poruszać się z nim. Miała wrażenie, że wybuchnie. Brig nie przestawał. Zanurzał w niej palec i wyciągał, liżąc jej ciało. - Co za dziewczyna... - wyszeptał w jej brodawkę. Oddychała szybko. - Dalej. - Brig... - Już, kochanie. Dobrze. Jestem tutaj. Ciałem Cassidy wstrząsnęły konwulsje. Ziemia się pod nią zakręciła. Miała wrażenie, że się roztapia. Gwiazdy migotały jej przed oczami. - Boże... - wyszeptała. Poczuła, że Brig wycofuje rękę. To, co było rozpalone do czerwoności, stało się lodowate. - O Boże, o Boże... - Nagle wszystko się skończyło. Oddychała nierówno. Brig, klnąc, odsunął się od niej. Pozostawił ją bez tchu. - Brig? - Jej serce powoli się uspokajało. Usłyszała, że zapala zapałkę. Patrzyła, jak płomyk oświetla jego twarz. - Jesteś dziewicą. - Zaciągnął się papierosem, którego koniec błyszczał w ciemności. Dlaczego to zabrzmiało jak obelga? - Przecież mam szesnaście lat. - Do diabła. - Otarł czoło i wydmuchnął kłąb dymu. - Wiedziałeś, ile mam lat. Palił w milczeniu. Cassidy poczuła się niezręcznie. Jakby go zawiodła. - Ubierz się, dobrze? Spojrzała na swoje piersi. Brodawki były większe niż normalnie. Zrobiło jej się wstyd. W porównaniu z Angie jej piersi były takie małe i... Ze złością wciągnęła sweter. - Czego ode mnie chcesz? - Niczego! - Niczego? Po tym, co się stało? - Nic się nie stało. - Jak możesz tak mówić po... - załamał jej się głos.

I cóż miał jej na to odpowiedzieć?
Mały Książę tym razem bez trudu dojrzał prawdziwe powody jej westchnienia.
- Jasne, tak jest najłatwiej, Na tym polega rządzenie, prawda? Całą robotę zwala się na innych.

tylko kwiatem...

konkretem, jaki kiedykolwiek miała.
musi zastąpić go na sali operacyjnej przy nagłym zabiegu.
Ale jego standard życia musiałby się nieco obniżyć, bo odpadłaby


- Że Marshall Baldwin to naprawdę Brig McKenzie. - Tego nie wiem. - Że McKenzie był sprawcą pierwszego... - Podniósł do góry jeden palec. - ...i drugiego pożaru. - Podniósł drugi palec. - Teraz to już wymyślasz, a nie informujesz. - Nie powiesz mi chyba, że to zbieg okoliczności, że był przy pierwszym i przy drugim pożarze? - Nic ci nie powiem. Nie znasz faktów, Bill. To tylko twoje domysły, a o ile mi wiadomo, „Times” nie publikuje spekulacji. - Przecież ty też się nad tym zastanawiałaś. Policja również. Każdy myślał, że poszkodowany facet to Brig. Potem się okazało, że nazywa się Baldwin, ale myślę, że to tylko zasłona dymna. Prawdziwą zagadką jest, dlaczego twój mąż kłamie. - Nie wiesz, że... - Powiedz mu, że wpadnę. - Nie będzie z tobą rozmawiał. - Będzie. - Jak go zmusisz? Zastosujesz metody gestapo? - Daj jej spokój - mruknęła Selma. - Chodź, Cassidy. Czas na małą przerwę na raka pnie. - Zabrzęczała bransoletkami, przewieszając sobie torebkę przez ramię. W kącikach ust Billa malowała się irytacja. - Nie możesz mnie unikać. Albo będziesz mi pomagać, albo będziesz przeciwko mnie. Możesz firmować wiadomości swoim nazwiskiem albo być źródłem informacji. - Rezygnuję. Z obu rzeczy. - Cassidy wyłączyła komputer i wzięła teczkę i torebkę. - Biorę kilka dni wolnego. Nie wytrzyma w redakcji ani chwili dłużej. Nie chciała wykręcać się od stanowczych pytań Billa. Wiedziała również, że bezskutecznie będzie starała skupić się nad innym artykułem, który jej w ogóle nie obchodzi. Myślała jedynie o tym, że Brig nie żyje, a Chase skłamał. Ile razy pytała go o Briga? Jak często podsuwała mu myśl, że facet, który zginął, mógł być jego bratem? A on kłamał. Bo przecież wiedział. Musiał wiedzieć. Jechała do domu. Miała w głowie mętlik. Jeżeli Brig mieszkał na Alasce pod przybranym nazwiskiem, to po co wrócił do Prosperity? I kiedy przyjechał? Od jak dawna Chase znał prawdę o swoim bracie, który - jak twierdził - nie żył? Czy zaplanowali spotkanie z Brigiem? Czy Sunny o tym wiedziała? Łupało ją w głowie, kiedy wjeżdżała do garażu. Nie starała się uspokoić, nie policzyła do dziesięciu. Chciała natychmiast usłyszeć odpowiedzi. Dosyć kłamstw! Dosyć gier. - Chase! - wrzasnęła, wchodząc do domu tylnymi drzwiami. Miała ściśnięty żołądek i wrzała w niej krew. Ruskin, który leżał pod kuchennym stołem, podniósł się, żeby ją przywitać. Pogłaskała go po głowie, a potem ruszyła dalej. - Chase? Zobaczyła, że wychodzi ze swojego pokoju. Był nagi do pasa, miał na sobie szare spodnie, mokre przy pasku. Był spocony. Miał czerwoną twarz i poczochrane włosy po wysiłku i bolesnych ćwiczeniach rehabilitacyjnych, które miały wzmocnić jego mięśnie. Od czasu bójki z Derrickiem, codziennie ćwiczył do granic wytrzymałości. Teraz stał, opierając się o ścianę. - Nie było żadnego Marshalla Baldwina - oznajmiła wprost, patrząc na niego chłodno. - O czym ty mówisz? - Sprawdziłam to. Sprawdziło też Biuro Szeryfa, Bill Laszlo i Oswald Sweeny. - Sweeny... Detektyw, którego wynajęłaś? - Sweeny mieszkał w Portland, a potem przeprowadził się do Anchorage. - Zrobiła dwa kroki w stronę męża. - Marshall Baldwin, zanim skończył dziewiętnaście lat i zaczął pracować przy remoncie rurociągu, nie istniał. Ani na Alasce, ani w Kalifornii. I wiesz, co? Jedyny Marshall Baldwin, jaki w tym mniej więcej czasie urodził się w Kalifornii, umarł jako niemowlę. Na zespół nagłej śmierci noworodka. - A kto twierdzi, że Baldwin urodził się w Kalifornii? - Nie okłamuj mnie, Chase! - prawie krzyknęła. - Wiem. - Uderzyła się w pierś. - Wiem, że nieznajomy, czy Marshall Baldwin, czy jak go tam zwą, to był Brig. To tylko kwestia czasu, żeby to udowodnić. - Boże, Cassidy, posłuchaj siebie... - Ja to wiem, do cholery! - Trzęsła się ze złości. Chwyciła go za ramiona. Jej paznokcie wbiły się w jego mięśnie. Zacisnął zęby, potem rozluźnił szczęki, a jego oczy nabrały koloru nocy. Wyglądał jak skazaniec. Westchnął i zamknął oczy. - W porządku. Skoro tak bardzo chcesz to usłyszeć... Baldwin to był Brig. Jej świat runął. Przygniotła ją długo ukrywana prawda. - O Boże - wyszeptała. Jej ręce oderwały się od Chase’a. Mało się nie potknęła, próbując odsunąć się od niego. Nie potrafiła poradzić sobie z żalem. Objęły ją silne ramiona. - Wiedziałeś. - Miała ściśnięte gardło. Targały nią emocje. - Dlaczego mi nie powiedziałeś? Jak mogłeś kłamać... Mocno ją ścisnął. Szarpnęła się, chcąc się uwolnić.
an43